Jeszcze nie odpoczęłam po podróży do Gdańska i Braniewa a szykował się kolejny wyjazd – podwójny. W sobotę miałam być na warszawskim Wawrze a w niedzielę w Sosnowcu. Wymagało to sporo zachodu logistycznego, ponieważ na każdą z imprez miałam przygotowany inny strój plus zapasowy, który wożę ze sobą zawsze na wszelki wypadek no i trzeba było jeszcze tam jakoś dojechać. Do Warszawy jechałam pociągiem, więc chciałam zabrać jak najmniej bagaży. Problemem był nocleg z soboty na niedzielę. Teoretycznie mogłam wrócić nocnym pociągiem do domu i w niedzielę rano jechać ponownie, ale byłoby to bardzo męczące. Była opcja nocowania w namiocie w Wawrze, ale namiot swoje waży. Nie dałabym rady wszystkiego udźwignąć i upchnąć w wagonie bez przedziałów. Ostatecznie stanęło na nocowaniu w hotelu. I to był dobry pomysł, bo dzięki temu spędziłam wspaniały wieczór z koleżanką z klasy, która mieszkała niedaleko a nie widziałyśmy się od matury. Jak się domyślacie szybko spać nie poszłam a z samego rana trzeba było przedostać się z Warszawy do Sosnowca. Trasę pokonałam samochodem z kolegami ze sztabu Napoleona. Problemem okazał się transport z Sosnowca do Krakowa. Wiecie, że nie jeździ na tej trasie ani jeden pociąg? I jest tylko JEDEN! autobus na dobę :O Koledzy wracali do Gdańska, więc z nimi już się zabrać nie mogłam. Ale o Sosnowcu innym razem. Dzisiaj Wawer.
Impreza zorganizowana była przy Plaży Romantycznej, na którą poszłam jak zaczęła się bitwa. Nie walczę, więc to był idealny moment. Mogłam się swobodnie urwać i nikt nie zauważył mojej nieobecności. Tym razem nie miałam wiele do zrobienia. Głównie siedziałam w namiocie cesarskim i robótkowałam. Nie prowadziłam żadnych pokazów, więc ten wyjazd był na tzw. „lajcie”. Jak to mówią w rekoświecie – klasyczne misiowanie 😉 Posiedziałam, pogadałam ze znajomymi, porobótkowałam trochę i zrelaksowałam się na plaży.






