Sieraków. Odbył się tam piknik napoleoński, na który została zaproszona moja grupa. No to pojechaliśmy. Logistycznie było to dla mnie sporym wyzwaniem, ponieważ nie ma tam bezpośredniego połączenia z Krakowa.
Podróż samochodem odpadła od razu – zbyt duże koszty dla jednej osoby (nikt z moich okolic się tam nie wybierał, żeby koszty dojazdu podzielić na pół). Postanowiłam sprawdzić połączenia komunikacją publiczną.
No i było połączenie, tylko nie do końca zsynchronizowane w czasie. Do Poznania miałam pociąg a z Poznania do Sierakowa autobus. Niby świetnie, prawda? A jak wyglądała rzeczywistość? Ano tak, że ostatni autobus z Poznania do Sierakowa odjeżdżał o godzinie 16.30 a pociąg z Krakowa miał przyjechać do Poznania o 16.32. Czyli nie da rady dojechać. Kolejny autobus dopiero następnego dnia. Pomijam już tutaj fakt, że pociąg i tak o czasie do Poznania nie dojechał tylko miał spore opóźnienie.
Przez to opóźnienie nie zdążyłam w Poznaniu do pasmanterii, która była do 17. Trochę się zdziwiłam, bo u nas nie zamykają sklepów tak wcześnie, no ale co region to inne zwyczaje. Nie wiem jak się pakowałam, że wyjęłam z woreczka zapasową szpulkę nici do szydełkowania. Musiałam mieć jakieś zaćmienie umysłowe. Oczywiście nitka mi się zaczęła kończyć zanim do Poznania dojechałam i wpadłam w panikę co będę robić w drodze powrotnej: 5,5 godziny (plus opóźnienie) w drodze do Krakowa bez zajęcia – przecież mnie tam pokręci! Miałam co prawda jeszcze tamborek z haftem, ale do zakończenia zostało niewiele, poza tym miałam haftować w trakcie imprezy. Ostatecznie w czasie inscenizacji tamborka nie wyjęłam – zostawiłam go na drogę powrotną.
No tak, ale nie napisałam jak dotarłam z Poznania do Sierakowa. Tu należą się wielkie podziękowania kolegom z 4 Pułku Piechoty Księstwa Warszawskiego. Wszystko ogarnęli, zawieźli, przywieźli i się mną zaopiekowali. Jedyny problem jaki miałam to ten czy się poznamy, bo z dworca miał mnie odebrać ktoś, kogo wcześniej nie znałam i nie wiedziałam jak wygląda (zdjęcia w takich wypadkach nie pomagają, bo w „cywilu” wygląda się zupełnie inaczej niż na reko
)
Z racji opóźnienia pociągu i szukania się na dworcu (pierwszy raz byłam na dworcu w Poznaniu – nie spodziewałam się, że będzie tak strasznie pokręcony i oczywiście się na nim zgubiłam) nie zdążyłam na wernisaż wystawy na zamku w Sierakowie. Rok temu jechałam samochodem i utknęłam w korkach na autostradach, więc na zamek nie zdążyłam, w tym roku przez opóźnienia na drodze również nie zdążyłam zwiedzić zamku. Niby jest powiedzenie, że do 3 razy sztuka, ale przez kłopoty z dojazdem przez 2 lata z rzędu, nie wiem czy w przyszłym roku będę miała ochotę znowu się tak denerwować.
Impreza na szczęście była udana, bitwę wygraliśmy (znowu!
) Z racji podróży pociągiem miałam ze sobą tylko jedną walizkę, nie wzięłam więc ani kapelusza ani parasolki przeciwsłonecznej. Na szczęście koleżanka jadąca samochodem wzięła 2 parasolki i mnie poratowała, bo upał był ogromny. Bez parasolki ciężko by było wytrzymać. Kolejny raz na potrzeby inscenizacji wcieliłam się w postać Józefiny, więc nie mogłam odejść niepostrzeżenie w poszukiwaniu cienia i chłodu i musiałam wytrwać do końca trzymając fason.
W czasie inscenizacji dużo się działo: Prusakom znowu nie udał się zamach na Napoleona, wichura złożyła scenografię miasteczka jak domek z kart, baliśmy się, że trzeba będzie uciekać z pola bitwy przed nadchodzącą burzą, ale na szczęście przeszła bokiem. Postraszyła nas tylko mocnymi porywami wiatru.
Wieczorem zorganizowano biesiadę, więc była okazja posiedzieć ze znajomymi, porozmawiać, pożartować i tak po prostu pobyć ze sobą. A w nocy na brzegu rzeki odbył się pokaz artyleryjski. Huk armat niesamowicie rozchodzi się nad wodą.
Po tym wyjeździe poczułam przesyt reko. Jestem już tymi wyjazdami bardzo zmęczona i potrzebuję posiedzieć w domu. Muszę więc zrobić sobie chwilę przerwy i dla równowagi umysłowej zająć się czymś z XXI wieku.
Foto: Muzeum Zamek Opalińskich w Sierakowie i GRH Warka




