Kiedy przeszłość miesza się z teraźniejszością

Rekonstrukcja historyczna zabiera prawie cały wolny czas jaki uda mi się wygospodarować. A przecież mam jeszcze inne zainteresowania. Od czasu do czasu mam ochotę wrócić do czasów sprzed reko i zacząć żyć czymś innym. Od bardzo dawna nie byłam w operze. W zamierzchłych czasach (jeszcze w czasach panieńskich) chodziłam regularnie. Kiedy znajoma powiedziała mi, że w Warszawie będą wystawiać „Halkę” Moniuszki od razu wiedziałam, że tego przegapić nie mogę. Od tylu lat czekałam na ten spektakl w Krakowie i się nie doczekałam. Podjęcie decyzji zajęło mi kilka sekund. Wiedziałam, że pojadę. Zostało tylko pytanie czy jadę sama, czy znajdę towarzystwo. Wiadomo, że w towarzystwie ogląda się lepiej. Męża nawet nie pytałam. Raz go do opery wyciągnęłam i postanowiłam nie wystawiać więcej na szwank jego cierpliwości do mnie. Na szczęście mam koleżankę ( Rea Sylwia – Krawiectwo z historią w tle ), której nie dziwią moje pomysły i czasem lubi mi potowarzyszyć w szaleństwach. Zgodziła się. Jedziemy. Potraktowałyśmy to jako prezent świąteczny, gdyż bilety kupiłyśmy w Boże Narodzenie ?A co to ma wspólnego z reko? Dużo. Przede wszystkim to, że mam bardzo mało współczesnych ubrań. Potrzebowałam eleganckiej sukienki (podejście praktyczne do sześcianu – mam 3 współczesne imprezy tej wiosny – trzeba uszyć taką, która na wszystkie trzy się nada, bo przecież szkoda czasu na współczesne szycie). Materiał. Jakiś czas temu zamówiłam satynę bawełnianą na suknię empirową. Przyszedł nie taki kolor jak chciałam. Miałam odesłać, ale czasu na pójście na pocztę zabrakło i tak sobie leżał. Na współczesną sukienkę pasował idealnie. Dobrze, że nie miałam czasu odesłać – teraz bym nie miała czasu biegać po sklepach, żeby coś kupić. Bilety co prawda kupione w grudniu, ale jak zwykle szyłam dzień przed spektaklem – wcześniej tradycyjnie już – czasu nie było. Na szczęście zdążyłam. Uszyłam bluzkę z baskinką i klasyczną spódnicę ołówkową. Do noszenia razem bądź osobno (no mówiłam, że jestem praktyczna do bólu). Mogę już nie myśleć w co się ubiorę na kolejne 2 imprezy tylko zająć się na spokojnie kolejną suknią historyczną. Opera – w warszawskim Teatrze Narodowym byłam pierwszy raz. Z zewnątrz gmach wygląda imponująco. Wnętrze mnie rozczarowało. Spodziewałam się czegoś w rodzaju krakowskiego Słowackiego. Niestety to nie ten styl. Sam spektakl też nie był dokładnie taki jaki bym chciała. Była to wersja współczesna. Akurat o tym trendzie wiedziałam. Byłam już na współczesnej wersji „Cyganerii”. Muzyka. Orkiestra wspaniała. Duże wrażenie zrobił na mnie Rafał Bartmiński w roli Jontka i Maria Stasiak w roli Zosi. Wg mojej subiektywnej opinii to były najlepsze głosy całego spektaklu. Szkoda, że Zosia śpiewała tak mało. Gdyby to ode mnie zależało, dałabym jej rolę Halki. Rozczarował mnie mazur. Uwielbiam ten taniec. Spodziewałam się super wykonania z jakimiś skomplikowanymi figurami. Można do tego poszaleć z choreografią. No i zonk. Kilka figur, najprostsze obroty i to wszystko. Ale orkiestra zagrała dobrze. Nogi same mi chodziły. Oj, zatańczyłabym mazura ? Ogólnie spektakl polecam, zrobiony jest bardzo dobrze, chociaż jeśli ktoś będzie oglądał pierwszy raz, lepiej najpierw obejrzeć wersję klasyczną a dopiero potem współczesną. Zastanawiam się czy nie pojechać na „Straszny Dwór”, ale to też jest ponoć wersja współczesna. Wersję klasyczną widziałam, więc myślę, że aż tak bardzo rozczarowana nie będę ? A jako wisienka na torcie wystawa kostiumów Niny Andrycz (no nie da się żyć współcześnie mimo silnych postanowień – stroje mnie prześladują ? )