Waterloo

Waterloo. Jedna z najsłynniejszych bitew epoki napoleońskiej. Nie ma chyba fascynata tego okresu, który nie chciałby chociaż raz być w tym historycznym miejscu. A na rekonstrukcji bitwy tym bardziej. Inscenizacja organizowana jest co 5 lat. Tegoroczna była przesuniętą w czasie z powodu covida planowaną imprezą z roku 2020. Ciekawa jestem czy kolejna będzie w roku 2025 zgodnie z kalendarzem, czy za 5 lat od tegorocznej, czyli w roku 2027. Pożyjemy – zobaczymy 🙂

Jako, że droga daleka postanowiliśmy wyjechać kilka dni wcześniej, żeby na miejscu mieć jeszcze czas na odpoczynek po podróży i zwiedzanie. Po drodze zahaczyliśmy o Drezno, ale to już opisałam wcześniej. Na miejsce dotarliśmy ze sporym zapasem czasu, więc po rozbiciu namiotów pojechaliśmy zwiedzać Brukselę. Obejrzeliśmy też miejsce bitwy i muzeum. Obowiązkowa była również wspinaczka na kopiec.

Co do samej imprezy – długo nie wiedziałam co mam napisać, dlatego relacja jest z tak dużym poślizgiem. Staram się opisywać tylko przyjemne rzeczy, ale tym razem sporo było tych mniej przyjemnych, niestety. Nie ukrywam, że impulsem do napisania tego posta był artykuł o organizacji bitwy pod Grunwaldem. Waterloo organizowane jest na tych samych zasadach. Rekonstruktorzy przyjeżdżają na własny koszt. Nie ma żołdu ani zwrotów za dojazd. O tym wiedziałam decydując się na ten wyjazd. Ale w końcu to Waterloo. Chciałam tam być chociaż raz i zobaczyć na własne oczy to historyczne miejsce. Byłam, zobaczyłam, nie żałuję.

Na obóz wyznaczono nam pole. Zaczęliśmy więc od udeptywania trawy, która była do kolan. Do tej pory namiot rozbijałam głównie w Polsce i trawa była zawsze skoszona, no ale to Zachód, oni się przecież znają lepiej. Trawę udeptaliśmy, namioty rozbiliśmy. Wiedzieliśmy w którym miejscu, bo miejsca były wyznaczone sznurkiem i podpisane. Żeby było ciekawiej następnego dnia przyszedł ktoś od organizatorów i część namiotów kazał nam przestawić bo mieli jednak inną koncepcję naszego obozowiska.

Za obozowiskiem postawiono kilka toi-toi. Przyzwyczajona do polskich warunków poszłam poszukać miejsca do umycia rąk i nabrania wody do gotowania. O tym, że organizator nie zapewnia rekonstruktorom żadnych posiłków dowiedzieliśmy się tuż przed imprezą. Ale ok, zrobiliśmy zakupy na cały pobyt, wzięliśmy historyczne gary – będziemy gotować.

Koło przenośnych toalet stały duże baniaki z wodą. No to poszłyśmy z koleżanką po tę wodę. Na początku udało nam się jej trochę nabrać, więc było w czym umyć gary po gotowaniu. Potem okazało się, że to jest woda dla koni i nam z niej korzystać nie wolno. Czyli wodę do picia, mycia i gotowania mogliśmy kupić w sklepie, który był jednak spory kawałek. No i trochę niefajnie kupować za euro wodę do mycia garów. Za jakiś czas okazało się, że kawałek dalej – tam gdzie obozowali Francuzi – jest ujęcie wody. No to sporo osób tam pobiegło. Niestety nie pozwolili nam z tej wody korzystać. A że chętnych na wodę było sporo, to postawili przy kranie wartę, żebyśmy przypadkiem nie nabrali tej wody w butelki.

Pierwszy raz byłam na imprezie, na której nie było możliwości umycia się i nie było dostępu do wody pitnej. Nadmienię, że były wtedy okrutne upały a nasz obóz stał w szczerym polu w pełnym słońcu. Jak na patelni.

Nadszedł czas na bitwę. Przewożono nas na miejsce autokarami. Jednak było ich mało, więc przewozili wszystkich na raty. Nasza grupa jechała jako jedna z pierwszych, więc czekaliśmy na bitwę 2,5 godziny. W upale. Nie wszyscy na pole bitwy weszli. Kilka osób zostało zabranych przez karetki bo zasłabli z gorąca. Na szczęście w Belgii też jest wymóg karetki pogotowia na imprezach masowych. Sanitariusze nie próżnowali.

Przy wyjściu z autokarów każdy rekonstruktor dostał JEDNĄ! Maluteńką buteleczkę z wodą (u nas takich małych nie widziałam). Bardzo skrupulatnie pilnowano, żeby ktoś nie wziął przypadkiem dwóch.

Jako, że był upał, tym razem weszłam na pole bitwy. Do tej pory tego nie robiłam i obserwowałam bitwy z boku. Tym razem nie było wyjścia. Trzeba było wziąć koszyk z wodą, żebym nam chłopaki nie pomdleli w tym upale. Nabiegałam się z tą wodą nieźle, ale widziałam, że była chłopakom potrzebna. Wzrok, kiedy podawałam komuś kubek z wodą zapamiętam na długo.

Na koniec dodam tylko, że dla publiczności oglądanie bitwy było płatne, wejście do naszego obozu i oglądanie nas i naszych namiotów również było biletowane. Nie wiem jak cena biletu ma się do ichniejszych zarobków, ale w przeliczeniu na złotówki były to duże pieniądze. Pieniądze, za które organizator nie zapewnił nam nawet wody.

Na kopcu upamiętniającym bitwę.
Schody na kopiec (a właściwie to z kopca na dół)
Markietanki z Polski
W koszyczku markietanki.
Parlament Europejski w Brukseli
Bez robótkowania na reko się nie liczy 😉 I moja serweta podróżna 🙂