Twierdza Nysa

Dużych inscenizacji historycznych nie ma, ale trzeba sobie jakoś radzić. Można sobie zrobić coś samemu. I tak też się stało. Jako, że bardzo już za sobą tęskniliśmy, do fortu w Nysie zjechali się rekonstruktorzy epoki napoleońskiej. Impreza składkowa i bez udziału publiczności. Zazwyczaj na tego typu imprezach mam jakiś wyklad albo pokaz dla publiczności, tym razem jechałam wyłącznie towarzysko. Pojechałam jako markietanka, przebierając się w suknię dopiero wieczorem dla uczczenia rocznicy ślubu komendanta fortu i jego uroczej żony, którzy przygotowali dla nas z tej okazji wspaniałą ucztę. I stało się – pierwszy raz wzięłam udział w bitwie. Zazwyczaj trzymałam się na uboczu, nie wchodząc na pole bitwy. Trochę się bałam. Tym razem było inaczej. Był duży upał i koledzy poprosili, żebyśmy poszły z nimi na pole bitwy i zabrały ze sobą zapasy wody. A jak się kogoś lubi to mu się nie odmawia. Bitwa była trochę inna niż zazwyczaj. Przeprowadzono ją w formie gry terenowej. Każdy losował karteczkę, na której była instrukcja jak ma się zachować (czy zdezerteruje, zostanie ranny bądź zabity – oczywiście z podaniem przy której konkretnie salwie ma to nastąpić). Markietanek było mało, więc zrobili wobec nas ukłon. Markietanki mogły „uzdrowić” 3 żołnierzy ze swojego pułku. Wybór kto zostanie uzdrowiony i w którym momencie bitwy pozostawiono nam. Szłyśmy razem z medykiem z tyłu za wojskiem. Ale nie było tak sielankowo. W pewnym momencie nasze wojska się przegrupowały i rozeszły na boki a my zostaliśmy sami naprzeciw wojsk pruskich. Trzeba było szybko ratować się ucieczką, żeby nie dostać się do pruskiej niewoli. Medyk usiłował się bronić bo miał czym, niestety pokonała go przewaga liczebna wroga. I nawet nie mogłyśmy go „uzdrowić” bo się okazało, że jest „martwy”. Czynny udział w bitwie był ciekawym doświadczeniem. Bitwa na szczęście była mała. Czy odnalazłabym się na większej tego nie wiem. Zobaczymy co przyszłość przyniesie. Ale za wodę chłopcy byli bardzo wdzięczni. Trzeba będzie się jakoś ogarnąć i przemóc do udziału w bitwach. Nie można przecież pozwolić, żeby nasi chłopcy umierali z pragnienia.

foto: Jan Kołkowski, A.Babiński i ja.