Wróciłam dzisiaj do przeszłości. I to podwójnie. Zaproponowano mi udział w pokazie mody jako modelka. Przypomniały mi się stare dobre czasy, kiedy dorabiałam w taki sposób do stypendium. W czasach gdy byłam jeszcze piękna i młoda i gdy były w Polsce duże zakłady odzieżowe, które organizowały pokazy mody dla promocji swoich wyrobów. Miał to być pokaz mody retro z kolekcji #Breslauerin.W pierwszej chwili miałam obawy czy w coś się zmieszczę. Rozmiar 34 to ja nosiłam, owszem, tylko wiele lat temu. Ale to były prawdziwe ubrania retro, czyli oryginały z epoki szyte nie na modelki tylko na zwykłe kobiety, więc suknie w moim rozmiarze też były. O nic więcej nie pytałam – zgodziłam się. Dzień przed pokazem okazało się, że to ma być pokaz mody ślubnej. No i zonk. Gdybym wiedziała wcześniej nie wzięłabym w nim udziału. Na modę ślubną to ja już jestem za stara, ale głupio się było wycofać tuż przed imprezą. No i wystąpiłam jako podstarzała panna młoda. Pocieszam się tylko, że jako mężatka nie musiałam obawiać się przesądu mierzenia sukni ślubnej. Już mi pecha nie przyniesie. Dostałam suknię ślubną z lat 50-tych XX wieku. Moja ulubiona dekada, lepiej więc być nie mogło. Suknia bardzo mi się spodobała i dobrze się w niej czułam. Ale jak ją tylko założyłam pierwsza myśl, która przyszła mi do głowy dotyczyła panny młodej sprzed 70 lat, która tę suknię miała na sobie w dniu swojego ślubu. Czy była szczęśliwa? Jak potoczyły się jej losy?Stare ubrania (przedmioty również) zawsze wywołują u mnie dziwne uczucia. Mają w sobie to coś i wydaje mi się, że zostaje w nich jakaś ulotna część osoby, która je nosiła. Foto: Paulina Kowalczyk
P.S. a tak odnośnie przesądów ślubnych zwróćcie uwagę, że każda z nas miała na sobie coś niebieskiego ![]()

